Marta Duda
Chemiczka, która rzuciła laboratorium dla wosku i szybko odkryła, że wosk to nadal laboratorium — tylko z gorszym oświetleniem i lepszym zapachem.
Nazywam się Marta Duda, mam dwadzieścia dziewięć lat i mieszkam w Łodzi, na Starym Polesiu, w mieszkaniu z kuchnią na tyle dużą, że mieści się w niej podwójna płyta indukcyjna i termometr, którego nigdy nie odkładam na miejsce.
Skąd się wzięłam
Skończyłam technologię chemiczną na Politechnice Łódzkiej. Potem cztery lata w laboratorium kontroli jakości: próbki, oznaczenia, karty wyników, procedury i podpis pod każdą liczbą. Praca była dobra w tym sensie, że nauczyła mnie rzeczy, której nie oddam za nic — że pomiar bez zapisanych warunków nie jest pomiarem, tylko wrażeniem. Temperatura, czas, partia surowca, wilgotność. Bez tego można sobie co najwyżej porozmawiać.
Była też zła w tym sensie, że po czterech latach wiedziałam już, co będę robić w każdy wtorek do emerytury. Odeszłam w marcu, bez planu awaryjnego, co moja mama do dziś wspomina tonem osoby, która była przeciw.
Pierwsze świece były koszmarne
Zaczęłam od zestawu startowego kupionego w sieci: kilogram soi, garść knotów „uniwersalnych”, olejek zapachowy o nazwie sugerującej las. Wylałam sześć świec. Wszystkie sześć tunelowały. Dwie zgasły same z siebie w połowie wysokości. Jedna kopciła tak, że sufit nad półką miał po tygodniu szary cień.
Zrobiłam wtedy rzecz, którą robi każdy: poszłam szukać odpowiedzi w internecie. Trafiłam na dwadzieścia sklepowych artykułów, które wszystkie mówiły to samo, wszystkie po sześćset słów i wszystkie kończyły się linkiem do produktu. Żaden nie podawał, przy jakiej średnicy testowano ten knot. Żaden nie mówił, ile procent olejku wsypano. To był ten moment, w którym się wkurzyłam.
Knot „uniwersalny” nie istnieje. Istnieje knot, który ktoś przetestował w konkretnym wosku, w konkretnej średnicy, przy konkretnym dozowaniu — i knot, którego nikt nie testował.
Wróciłam do tego, co umiem. Kupiłam zeszyt w kratkę, wagę z dokładnością do 0,1 g i drugi termometr, żeby mieć porównanie. Zaczęłam prowadzić partie: numer, data, wosk, dozowanie, temperatura dodania olejku, temperatura wlewu, średnica naczynia, knot, wynik po trzech wypaleniach. Po roku miałam sto czterdzieści osiem wierszy i większość odpowiedzi, których nie znalazłam w sieci.
Dlaczego tu jest tyle tabel
Bo świecarstwo jest dziedziną, w której prawie wszystko da się zapisać liczbą, a prawie nikt tego nie robi. Punkt topnienia wosku to liczba. Zalecane dozowanie olejku to liczba. Średnica naczynia to liczba. Głębokość puli wosku po dwóch godzinach palenia to liczba, którą można zmierzyć zwykłą linijką.
Kiedy ktoś pisze „wybierz knot dopasowany do świecy”, nie mówi nic. Kiedy pisze „do soi w słoiku 7 cm zacznij od CD 10, a przy dozowaniu powyżej 9 % rozważ CD 12” — to już jest zdanie, które da się sprawdzić i, jeśli trzeba, obalić. Wolę zdania, które da się obalić.
Moje tabele to punkty startowe, nie wyrocznie. Ta sama soja z dwóch różnych partii potrafi się zachować inaczej, a olejek zapachowy zmienia zachowanie knota bardziej, niż większość ludzi się spodziewa. Dlatego przy każdej tabeli piszę, w jakich warunkach powstała, i namawiam na własny test palenia. Nie z ostrożności — z uczciwości.
Czego tu nie znajdziesz
Nie piszę o tym, co zapach rzekomo robi z organizmem, ani nie przypisuję świecom wpływu na zdrowie i samopoczucie. Nie dlatego, że mam w tej sprawie wyrobione zdanie — dlatego, że nie mam kompetencji i nie zamierzam udawać, że mam. Jestem technolożką, nie lekarką. Świeca jest u mnie wyrobem z wosku, knota i olejku zapachowego, i tyle.
Nie robię też poradników „krok po kroku” ze zdjęciem każdej czynności. Uważam, że to najgorszy możliwy format dla tej dziedziny: wygląda pięknie, a nie odpowiada na żadne z pytań, które ludzie naprawdę zadają. Nikt nie ma problemu z tym, jak wlać wosk do słoika. Ludzie mają problem z tym, dlaczego po wlaniu zrobiło się zapadnięte wgłębienie i czy to znaczy, że wosk był zły.
I nie sprzedaję niczego. Ani świec, ani surowców, ani kursów. Nie mam linków afiliacyjnych. Jak wymieniam serię knota z nazwy, to dlatego, że tak się ta seria nazywa, a nie dlatego, że ktoś mi za to zapłacił.
Jak wygląda pracownia
Kuchnia. Naprawdę. Dwie płyty indukcyjne, kąpiel wodna w garnku z odzysku, waga jubilerska, dwa termometry (bo jednemu nie ufam), pudło z knotami posegregowanymi po seriach i zeszyt, który wygląda gorzej z każdym miesiącem. Świece wypalam na blacie z płytki ceramicznej, przy zamkniętym oknie, żeby przeciąg nie zniekształcał płomienia — bo zniekształca, i to bardziej, niż się wydaje.
Wypalam całe partie na próbę, po trzy sztuki z każdej, i notuję po każdej godzinie. To jest nudne. To jest naprawdę bardzo nudne. Ale to jedyny sposób, żeby napisać tabelę, która komuś oszczędzi dziesięciu zmarnowanych świec.
Kontakt
Piszcie na kontakt@plomieniwosk.pl. Odpowiadam, choć czasem z opóźnieniem, bo między jednym a drugim mailem stygnie mi wosk. Jeśli piszecie z problemem — podajcie średnicę naczynia, rodzaj wosku, dozowanie olejku i oznaczenie knota. Bez tych czterech liczb nie da się nic sensownego odpowiedzieć, a ja nie chcę zgadywać.
Jeśli znaleźliście u mnie błąd, tym bardziej piszcie. Poprawki oznaczam datą i zostawiam ślad, że coś się zmieniło.